Tadeusz spojrzał na mnie z uśmiechem.

— Ale pani udaremniła jej zabiegi?...

— Ja? — oburzyłam się. — A cóż mnie Toto obchodzi? Nie ruszyłabym palcem, gdyby nie chęć dania jej po nosie.

— Droga pani Hanko — powiedział Tadeusz, całując mnie w rękę. — W piekle poznałbym panią...

Nie wiem, co przez to chciał powiedzieć. W każdym razie zawsze po rozmowie z nim czuję się spokojniejsza i pewniejsza siebie. Jak to dobrze mieć przyjaciela, przed którym nie ma się żadnych tajemnic.

Muszę tu skorygować słowa p. Renowickiej. Nie chcę bynajmniej twierdzić, by nie żywiła dla mnie tej przyjaźni, o której mówi, a za którą jestem jej niezmiernie wdzięczny. Chodzi o to, że w ogóle i w zasadzie uważam za niepodobieństwo istnienie takiej przyjaźni, w której obie strony wypłacają się sobie równą i całkowitą otwartością. Zawsze pozostają pewne niedopowiedzenia, zawsze najbliższy przyjaciel ukrywa przed drugim pewne swoje tajemnice. Toteż i p. Hanka nie powiedziała mi wszystkiego. Wydaje mi się, że w przeciwnym wypadku umiałbym jej już tego dnia dać radę, zarówno trafną, jak skuteczną. Może mi zresztą wydaje się tak obecnie, gdy już do końca przeczytałem jej pamiętnik i gdy znam dalszy bieg zdarzeń. (Przypisek T. D. M.)

Piątek

Dziś po raz pierwszy mogłam wyjść z domu. Opatrunek zdjęto mi już wczoraj. Na czole pozostała dość wyraźna, mocno zaróżowiona blizna. Teraz jednak i ja wierzę, że zniknie, jak zapewniają lekarze. Musiałam ojcu dać słowo, że już nigdy „z tym niepoczytalnym młodzieńcem w średnim wieku” nie siądę do samochodu.

Toto śmiał się jak bawół, gdy mu to powtórzyłam. Jest na pewno najbardziej z siebie zadowolonym człowiekiem na świecie, a przynajmniej w klinice. Gdy doń przyjechałam, nie mogłam się zbliżyć do łóżka. Ze wszystkich stron był obstawiony tacami z niezliczoną ilością przekąsek i potraw. Jadł właśnie obiad. Jego Antoni od czasu do czasu wyciągał z kieszeni butelkę koniaku i napełniał szklaneczkę.

— Jak widzisz — śmiał się Toto — wszystkie ostrożności są zachowane. Wczoraj doktor Hurbowicz wyrzucił mi prawie pełną butelkę starego „Boulestin84” przez okno do ogrodu szpitalnego.