Wzruszył ramionami.

— Skądże ja mogę wiedzieć?

— Ach, więc nie osobiście przyniosła ci te kwiaty?

Przełknął ślinę i mruknął:

— Nie. Przysłała mi. A zresztą, czy wyobrażasz sobie, że tylko od niej mogę otrzymywać kwiaty? Ty nigdy mnie nie doceniałaś.

Przeszyłam go wzrokiem.

— Ależ przeciwnie. Przypomnij sobie, że święcie wierzyłam w to, żeś własnoręcznie zabił te dwa tygrysy, których skóry wiszą w twoim gabinecie na wsi. I wierzyłabym w to do dziś dnia, gdybym przypadkiem nie znalazła na nich od spodu stempla fabrycznego, bo...

— Tsss... Tsss... Ciszej. Po co, na miłość boską, tak głośno mówisz — jęknął Toto. — Czy chcesz, żeby ktoś usłyszał? Zależy ci na tym, by mnie skompromitować?!

— Ależ bynajmniej, mój drogi. Nie chcę cię ani skompromitować, ani ośmieszyć. A najlepszy dowód masz w tym, że dotychczas nikomu o tym nie wspomniałam ani słowem.

Na słowie „dotychczas” położyłam lekki nacisk, wystarczająco jednak dostrzegalny, by Toto skurczył się w sobie ze strachu. Niech wie, że musi się ze mną liczyć. Stał się od razu niesłychanie serdeczny i nadskakujący. Na te zabiegi patrzyłam z obrzydzeniem. Nie upadłam jeszcze tak nisko, by zależało mi na wymuszonych względach. Po kwadransie pożegnałam go i wróciłam do domu.