Oboje z Fredem wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. Za radą Freda zostawiłam go w aucie na dole z tym, że go wezwę, w razie jeżeli pułkownik tego zażąda.

W biurze już nie było prawie nikogo. Tylko w poczekalni siedział ów grubawy jegomość o nieprzyjemnym wyglądzie, którego po raz pierwszy widziałam w mleczarence na Żoliborzu. Pułkownik Korczyński wyszedł na moje spotkanie, jak zawsze szarmancko przywitał się ze mną i zaprosił do swego gabinetu.

— Mam prawdziwe szczęście — zaczęłam — że los mi pozwolił poznać pana pułkownika, gdyż teraz nie tylko potrzebuję pańskiej pomocy, lecz mam również możność przysłużenia się sprawom, którymi pan kieruje.

Uśmiechnął się uprzejmie, mówiąc:

— Zawsze jestem do dyspozycji pięknych pań. O cóż chodzi tym razem?

— Widzi pan, mój mąż; gdy był jeszcze kawalerem, poznał za granicą pewną dziewczynę. Był jeszcze wówczas bardzo niedoświadczony i wplątał się w romans, który niekoniecznie dobrze wpłynąłby na jego opinię, gdyby ta historia teraz wyszła na jaw. Pan mnie rozumie?

Pułkownik skinął głową.

— Podobne rzeczy zdarzają się niejednemu młodzieńcowi.

— Właśnie. Tymczasem owa cudzoziemka musiała się skądś dowiedzieć, że Jacek, mój mąż, pracuje obecnie w służbie dyplomatycznej, że jest żonaty i że każda kompromitacja mogłaby zaszkodzić jego karierze oraz w sposób przykry zaważyć na jego pozycji towarzyskiej. Postanowiła to wyzyskać dla swoich wstrętnych celów.

— A jakież są jej cele?