Zrobiłam obojętną minę.
— Jeżeli pan przygląda się wszystkim kobietom w mijanych samochodach, kiedyś spotka to pana na pewno.
— Widzę, że uważa mnie pani za donżuana?
— Za donżuana?... O, proszę pana. To już byłaby bardzo wysoka ranga w tej kategorii. Powiedzmy, za uwodziciela.
— Myli się pani. W ciągu mego niezbyt krótkiego życia poznałem wielu mężczyzn. Lecz nie widziałem jeszcze ani jednego uwodziciela. Byłbym dumny, gdybym mógł siebie uważać za wyjątek. Niechże mnie pani przynajmniej nauczy, co trzeba robić, ty w tej kategorii zyskać chociaż tę najniższą rangę.
Pochylił się lekko do mnie i z uśmiechem w oczach przyglądał mi się w jakiś dziwny sposób. Przywołałam siebie do porządku i skierowałam rozmowę na bezpieczniejszy teren.
— Nie mam zdolności pedagogicznych. I zapewniam pana, że nie w tym celu zabieram panu czas. Przyszłam tu, by odebrać listy mojej przyjaciółki.
— Ach, prawda. Listy.
Wstał bez pośpiechu i wyszedł do sąsiedniego pokoju. Wrócił jednak nie z listami, lecz z butelką i z dwoma dużymi kieliszkami.
— Co do listów — zaczął — sprawa się nieco skomplikowała. Czy pozwoli pani filiżankę kawy?... Nie czekając na moją odpowiedź, nacisnął dzwonek.