Niecierpliwie wzruszył ramionami.
— Nigdy. Dlaczego o to pytasz?
— Bo ten jegomość na fotografii miał wąsy i hiszpańską bródkę.
— A to pięknie wyglądał — zaśmiał się Robert. — I cóż dalej z tą fotografią?...
— Jak to co? — zapytałam.
— No, czy powiedziałaś temu pułkownikowi, że znasz kogoś podobnego?
To mnie ubawiło.
— Ach, ty naiwny chłopcze! Oczywiście nic nie powiedziałam.
Zapytał mnie jeszcze, o której godzinie byłam u pułkownika. Nie miałam pojęcia, dlaczego go to interesuje. Potem zaraz spojrzał na zegarek, przeprosił mnie na chwilę i wyszedł z kuchni. Wrócił jakby trochę zdenerwowany i powiedział, że niestety, nie może mnie dłużej zatrzymać, bo spodziewa się wizyty jednego interesanta, o którym na śmierć zapomniał. Był jakby trochę zważony. Może niepotrzebnie mu powiedziałam o tym podobieństwie. Nikomu nie sprawia przyjemności podobieństwo osób nie z towarzystwa. Postarałam się zatrzeć to wrażenie i zdaje się, że to mi się udało. Pożegnał mnie bardzo czule i prosił, bym jutro zadzwoniła.
Wracałam do domu w świetnym nastroju. Zabawne, jak się czasem pamięta niektóre twarze. Wychodząc od Roberta spotkałam na ulicy tego jegomościa, który obżerał się jajecznicą w mleczarence na Żoliborzu. Sądzę, że dlatego zapamiętałam tak dobrze jego rysy, że jest to chyba najbardziej bezmyślna twarz, jaką w życiu widziałam.