Prokop zerknął chytrze na Wilczura i by zyskać na czasie, zaczął z wielką uwagą skręcać papierosa. Powoli sypał machorkę na duży płat bibułki, powoli grubymi palcami układał ją równomiernie, zwijał, lizał brzeg, zaklejał i zapalił. Wreszcie odrzekł:
— A ot tak, jeździ się popatrzeć, co ludzie robią, jak żyją. Cóż to, nie wolno?
— Pewno, że wolno, ale uważaj, żeby ludzie czego złego nie pomyśleli.
— A cóż złego mogą pomyśleć?
— Kto to może wiedzieć. Może znajdą się i takie, co będą posądzać, że do jakiej dziewuchy jeździsz.
Wilczur zaśmiał się, lecz Prokop splunął, nie ukrywając zgorszenia.
— Tfu, na złe języki rady nie ma. Gdzie mnie tam do dziewuchy. Do grobu bliżej. Mnie tam nie w głowie babskie rzeczy.
— No to może nie dla siebie dziewuchy szukasz? — podstępnie zapytał Wilczur.
— A dla kogóż mógłbym szukać? Co ty myślisz, że zdurniałem?
— No, może dla Wasyla.