Stanął w miejscu tak, jakby nagle otrzymał silne uderzenie po ciemieniu. Zatrzymał się i rotmistrz. Był po cywilnemu. Miał na sobie sportowe, szare ubranie i sportową czapkę. Przez rękę przewieszony płaszcz. W ręku nieduży neseser.

Kordialnie wyciągnął do Kolskiego dłoń.

— Witam, doktorze. Co słychać w Warszawie? Ależ upał.

— To pan, rotmistrzu, nie na manewrach? — zdołał wydobyć z siebie Kolski.

Korsak podniósł ostrzegawczo palec do ust.

— Ssss. To wielka tajemnica! Wyrwałem się na krótko do Warszawy.

Kolski odzyskał już panowanie nad sobą i zaśmiał się prawie swobodnie:

— Oczywiście cherchez la femme? — rzucił pytająco.

— Jest pan zanadto domyślny, doktorze — rotmistrz przymrużył oko. — No, ale żegnam. W wagonie był taki kurz, że czuję się jak kundel wytarzany w piasku. Muszę się wykąpać.

— To wprost z dworca? — zaciekawił się z niedowierzaniem Kolski.