Uśmiechnęli się do siebie i rozstali się. Wilczur zawrócił w stronę lecznicy, Łucja ku Radoliszkom. Nie zdążyła jednak przejść kilkuset kroków, gdy spotkała obu radoliskich policjantów. Znali ją od dawna i przywitali ją jak zwykle grzecznie salutując. Odpowiedziała im ukłonem głowy, gdy jeden z nich zapytał:
— Czy nie widziała pani gdzie tu takiego rudego psa?
Zatrzymała się.
— Owszem, widziałam. Pobiegł w stronę cmentarza. Czy to pański pies?
— Gdzież tam, proszę pani. To jakiś obcy, wściekły pies. W miasteczku pogryzł konia i trzy psy. Idziemy go szukać, żeby go zastrzelić.
Łucji wszystka krew zbiegła do serca.
— Jezus Maria! — szepnęła.
Teraz dopiero zauważyła, że policjanci mają ze sobą karabiny.
— Więc pobiegł w stronę cmentarza? — zapytał drugi policjant.
— Dziękujemy pani i moje uszanowanie.