Wyciągnął do niej sztywną rękę.
— Mam przyjemność znać panią z widzenia i ze słyszenia. Czym mogę pani służyć?
— Cała moja nadzieja w panu. W aptece radoliskiej nie ma szczepionki pasteurowskiej, a boję się zwlekać z odwiezieniem do miasta.
— Kogóż to pogryzł wściekły pies? — zaciekawił się.
— Profesora Wilczura.
Pawlicki nie mógł opanować wrażenia.
— Ach... Profesora Wilczura...
— Tak. I w aptece powiedziano mi, że pan doktor niedawno sprowadzał szczepionkę...
— O której nastąpiło pogryzienie?
— Przed pięciu mniej więcej godzinami.