— Tak. Czekałam tylko na pana profesora, bo mi woźny powiedział, że pan niedługo wyjdzie.
— To doskonale. Chodźmy więc.
Na dworze panował lekki przymrozek. Płuca oddychały z przyjemnością orzeźwiającym powietrzem. Przeszli na drugą stronę ulicy. Profesor Wilczur stanął tu i zaczął się przyglądać gmachowi lecznicy. Prawie wszystkie okna jaśniały łagodnym, białym światłem. Wysoka, wyniosła fasada gmachu miała w sobie coś dostojnego, spokojnego i niezmiennego.
Profesor stał nieruchomo. Mijały minuty. Zdziwiona jego niezwykłym zachowaniem się, Łucja spojrzała na jego twarz i zobaczyła dwie łzy spływające po policzkach.
— Profesorze! — zawołała szeptem. — Co panu jest?
Odwrócił do niej głowę i uśmiechnął się.
— Wzruszyłem się trochę. Wiele tu zostawiłem serca... wiele...
— Zostawił pan?
— Tak, panno Łucjo. Zostawiłem. Nigdy już tu nie wrócę. To pożegnanie.
— Co pan mówi, profesorze!