Zapłacił rachunek, porozmawiał wesoło z kelnerem i wyszedł.

Warszawa bardzo się zmieniła.

Wprawdzie poznawał bez omyłki ulice, ale pamiętał je całkiem innymi. W owych dawnych czasach była to niemal dziura prowincjonalna...

Zaczął padać śnieg.

Drucki wszedł do cukierni, kazał dać sobie czarnej kawy i zaczął przyglądać się publiczności.

Najwięcej było kobiet. Po dwie, po trzy przy stoliku, od poważnych podlotków aż do rozchichotanych starszych pań, bardzo mocno wymalowanych.

„Zastanawiające — pomyślał — że wszystkie, właściwie mówiąc, są ładne i wszystkie wyglądają względnie młodo. Gdzie się podziały stare i brzydkie kobiety?... Ale i pięknych nie ma...”

Z prawej pod filarem siedziały dwie brunetki. Mniejsza, w popielicowym25 futrze, żarłocznie jadła ciastka i atakowała Druckiego spojrzeniami połyskliwych oczu. Z lewej pod oknem samotna szczupła blondynka skracała sobie oczekiwanie na kogoś, kto się widocznie spóźnił, spoglądaniem to na zegarek, to na Druckiego. Tuż przed nim zajmowało większy stolik towarzystwo złożone z dwóch panów i jednej pani w czarnym, lśniącym futrze.

Jeden, łysawy blondyn w dużych rogowych okularach, opowiadał coś monotonnym głosem, drugi, przysadkowaty starszy pan z nieznośną manierą automatycznego otwierania i zamykania żółtej czeczotkowej26 papierośnicy. Twarzy kobiety Drucki dojrzeć nie mógł, gdyż siedziała doń tyłem. Widział tylko promień jasnych złotoblond włosów, wystający z boku spod kapelusza i opartą na stole długą ładną rękę, bez pierścionków, co bardzo lubił.

Jak na złość nie obejrzała się ani razu, a tymczasem zbliżała się ósma i trzeba było jechać do Załkinda.