Krępy człowiek zbliżył do sztachet brodatą twarz, obrzucił przybyłego nieufnym spojrzeniem i wzruszył ramionami.
— Pan tu nikogo nie przyjmuje, tylko w klinice.
— Wiem, ale proszę powiedzieć panu, że przeszedł... Fakir.
— Jak?
— Fakir.
Służący niezdecydowanie zawrócił ku domowi, lecz po paru krokach zatrzymał się.
— Fakir?... Niby z cyrku?
— Nie z cyrku, do diabła! Proszę powiedzieć: Fakir, profesor będzie wiedział.
Upłynęło sporo czasu, zanim brodacz wrócił, tym razem frontowymi drzwiami. Bez słowa wydobył z zanadrza pęk kluczy, otworzył furtkę, przepuścił przybyłego i starannie ją zamknął.
Kilkoma schodkami wchodziło się na ganek. Dwoje grubych drzwi, opatrzonych wielu zamkami i zasuwami, prowadziło do niedużego przedpokoju, ściany wyłożone dębową boazerią lśniły czystością jak i podłoga. Miłe ciepło uderzyło w wilgotną od deszczu twarz.