— Sądzę, że omylił się pan najwyżej o dwa, trzy kilogramy.
Uścisnęli sobie ręce z uśmiechem i Załkind karcąco pokiwał głową.
— Obawiam się, kapitanie, że przez kobiety spóźni się pan o tyle do piekła, że już najwygodniejsze kotły ze smołą będą zajęte.
— No! — zawołał po polsku z wyraźnym litwackim28 akcentem. — Co się Wikcia przygląda? Proszę natychmiast podawać!
Kusztykając wokół bogato zastawionego stołu, napełnił kieliszki i podsunął gościowi krzesło.
Kolacja była smaczna i obfita, gęsto zakropiona alkoholem. Rozmowa obracała się wyłącznie dokoła wspomnień amerykańskich. Dopiero gdy usadowili się w gabinecie w głębokich klubach29, Załkind przystąpił do interesu:
— Otóż długo myślałem, co by tu takiego wynaleźć, co odpowiadałoby takiemu człowiekowi jak kapitan Winkler. I zdaje mi się, że mam coś w sam raz dla pana.
— Byle nie dyrekcję banku!
— I gorzej, i lepiej. Interes jest taki. Pamięta pan jeszcze dobrze Warszawę?
— Ja myślę.