Drucki wstał.
— Do widzenia. O której trzeba być w sądzie?
— O dziesiątej. Do widzenia panu. I niech się pan nie denerwuje. Zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy.
Drucki, zbiegając po schodach, żuł przekleństwa. Ładnie go ten adwokat urządzi. Ciepłe kluski. Niby fachowiec, a nic nie wie. Powiedziałby po prostu: uciekaj pan, bo sprawa przegrana, albo: kpij pan sobie ze wszystkiego, wyrok uniewinniający jest pewny. Wiadomo byłoby, czego się trzymać!
Drucki nie żałował już wypuszczenia z rąk Cierżawskiego i swojej wielkoduszności wobec Kazi, którą wysłał do Krynicy, pod warunkiem, że w ciągu roku nie pokaże się w Warszawie.
— Pal ich wszyscy diabli!
Przypomniała mu się Luba i dlatego poszedł do Toni.
Spędził u niej noc i za kwadrans dziesiąta był już w sądzie. Poprawił mu się humor tak dalece, że wesoło zapytał woźnego, gdzie tu jest miejsce dla głównej osoby.
Rozprawę wyznaczono w niedużej sali, toteż ta wkrótce po brzegi zapełniła się publicznością: kilku panów i około setki pań. Luba, Tecia, generałowa Wolińska, kwiaciarka Zosia, hrabina Holanowska, baletnica Jeresówna, córka prezesa Celińskiego, pokojówka z „Bristolu”, siostra kapelmistrza z operetki, rudowłosa manicurzystka od fryzjera... Wszystko klientki „Argentyny” lub też jego osobiste, a często łączące w sobie obie zalety, względnie takie, które chciałyby je łączyć.
Drucki swobodnie rozmawiał z mecenasem Koldingerem, który wydawał się dziś zmieniony do niepoznania. Ruchliwy, wesoły, dowcipny, dzielił się ze swym mocodawcą pikantnymi uwagami na temat publiczności.