— Hum? Myli się pan. Człowiek o najlepszym sercu. Kolosalnej dobroci. Najgorszy jest Pszczółkowski.
Drucki złapał kilkakrotnie wzrok, wpatrującej się weń aplikantki i spojrzał na Alicję.
Ta nie odrywała oczu od papierów.
„Niemożliwe, żeby mnie nie poznawała” — stwierdził w myśli.
Na stole leżała paczka z morfiną: dowód rzeczowy.
„Ach, ta głupia Kazia!”
Jakże łatwo mógł się uwolnić od oskarżenia. Wystarczyłoby szepnąć kilka słów Koldingerowi!...
Patrzał na Alicję. Marmurowy spokój, pod którym ukryte jest całe piekło temperamentu. Dlaczego go odepchnęła?...
— Oskarżony Jan Winkler! — rozległ się głos przewodniczącego.
Imię, nazwisko, wiek... Obywatel amerykański, urodzony w Detroit, kapitan marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych, później handlowej, obecnie kupiec, właściciel zakładu gastronomicznego „Argentyna” w Warszawie. Do winy się nie przyznaje. Jak może wytłumaczyć obecność w jego gabinecie paczki z morfiną? — Całkiem po prostu. Ktoś podrzucił. — Z jakich pobudek?... — Może zawiść konkurencyjna, może chęć zemsty osobistej, a może po prostu żart... psikus...