— Ale to wszystko, co mam — mówiła, jakby nie słysząc jego okrzyku — i dlatego może wydaje mi się ta moja miłość skarbem... Nieprzyjętym, niepotrzebnym... nawet niezauważonym...

— Julka! Co ty wygadujesz! Przecież jesteśmy przyjaciółmi!

Widział, że chce coś powiedzieć, lecz wargi jej drżą, a w kącikach jej zamkniętych powiek połyskują łzy.

— Malutka, no, moja mała, czyż zasłużyłem na to, że w ten sposób mówisz do mnie?

— O, ja wiem — zaprzeczyła — wiem, że pan mi każe milczeć, że jestem bezwstydna, narzucająca się... że jestem podła...

— Oszalałaś, dziewczyno?! — oburzył się.

— Tak, tak, podła. Bo przecież wiem, że Alicja pana kocha, Alicja, wobec której mam olbrzymi dług wdzięczności... Jestem podła... Ale ja tak szalenie, tak niezmiernie pana kocham... Ja żyję tylko marzeniem o panu... Musiałam, musiałam to panu powiedzieć... Bo jestem strasznie bezsilna, strasznie bezradna... Cóż miałam począć, skoro tak pana kocham?...

Głos jej przeszedł w szept i umilkł. Po bladych policzkach zaczęły spływać łzy.

To było ponad siły Druckiego. Krtań jego stała się sucha, w płucach uczuł prawie fizyczny ból.

Zerwał się, chwycił ją w ramiona, uniósł bezradną i przytulił.