— Nie rozumiesz! Nie możesz zrozumieć, by ktoś potrafił zrobić tragedię z niepopełnionej winy kochanej i kochającej kobiety, by zdając sobie sprawę z bezpodstawności, z głupoty swoich pretensji do losu, druzgotał życie sobie i jej, by z krzywdy, jaka spotkała ją w dzieciństwie, z krzywdy, ze zwykłej krzywdy, wyciągnąć obłędną żądzę zniszczenia najlepszych, najpiękniejszych uczuć. O!... Nigdy mu tego nie przebaczę! Nigdy!...
Jej oczy wbijały się w oczy Czuchnowskiego, zdawała się do niego mówić, on jednak odczuwał, że jest tylko przypadkowym świadkiem tego wybuchu.
— Ani razu — odezwał się cicho — nie wspominałaś mi, dlaczego właściwie rozeszliście się z Pawłem?
Alicja drgnęła.
— Co?...
— Nie mówiłaś nigdy, dlaczego rozeszliście się z Pawłem.
— Rozeszliście się? — zapytała z ironią. — Nie, mój poczciwy przyjacielu, nie rozeszliśmy się. Porzucił mnie! Słyszysz?! Porzucił! Zaraz nazajutrz! Po jednej jedynej nocy, strasznej nocy!...
Zakryła twarz rękoma i pochyliła głowę.
Doktor siedział bezradny. Mój Boże! Życie oddałby za to, gdyby mógł wyrwać z niej ten ból, którego tajemnicy nie znał. A pytać więcej nie śmiał.
— Przeklęty, niech będzie przeklęty! — wymówiła przez zaciśnięte zęby.