Tuż przed oczyma Borowicza błysnął duży szafir.

— Ładny kawałek, co? — zapytał Malinowski — trzysta lat w jednej rodzinie! Wart parę fajgli? Co?... I ładnie na ręku wygląda. No, nie na każdym. Wyobraź sobie taki pierścionek na palcu Jagody. Niczym kwiatek przy kożuchu. Te krótkie palce i białe paznokcie. Ale na twoim ręku będzie pierwsza klasa. Masz, nałóż.

— Nie, nie — z hamowanym obrzydzeniem odsunął pierścionek Borowicz.

— Dlaczego? Takie pierścionki to tylko do rasowych rąk. A ty masz bardzo rasową. Spróbuj.

— Dajże spokój!

— Ach, pewno jesteś przesądny? — zabrał pierścionek Malinowski — ale rękę masz rasową. Ja mam ładniejszą, ale ty bardziej rasową...

Przyglądał się swoim rękom, bębniąc palcami po papierach. Wreszcie zapytał:

— Jak myślisz, chyba nie popełniam głupstwa, żeniąc się z Bogną?

— Nie rozumiem — zaczął Borowicz, zaciskając szczęki i urwał.

— No, bo widzisz, ona nie ma żadnego posagu. Grosze. A ja przecie nie mogę pozwolić, by moja żona pracowała. To oczywiście bajki, że prezes w niej się kocha. Ale w ogóle nie chcę, by moja żona była jakąś urzędniczką, bo...