— Windę pan dyrektor każe? — ukłonił się woźny na dole.

— Za każdym razem będziesz pytał? — zmarszczył brwi Malinowski — raz na zawsze powiedziałem, zrozumiano?

— Słucham pana dyrektora, ale winda jest teraz na górze i myślałem...

— Nic tu nie masz do myślenia. Myślę ja, a ty masz robić, co ci każę.

Dosyć nabiegał się w swoim czasie po schodach na czwarte piętro, a teraz mógł i na pierwsze jeździć, a robił to z tym większą przyjemnością, że przez to dawał widomy znak swojej władzy. Na samym początku wypadkiem usłyszał rozmowę dwóch woźnych:

— Taki ważny się zrobił — mówił jeden — dawniej szorował po schodach na czwartaka, a teraz jak dyrektorem ostał to i na pierwsze piechotą nie łaska.

— Zhardział — dodał drugi — najlepiej mu mówić, jak ja: winda się zacięła, proszę pana dyrektora... To mruknie „psiakrew”! — i dyma na piechotę.

Obaj struchleli, gdy ukazał się zza filaru. W przeciągu godziny wyrzucił ich na zbity pysk. Była nawet sprawa w sądzie pracy, lecz wydaleni woźni nic nie uzyskali, gdyż zeznanie dyrektora o niedopuszczalnych obelgach ze strony niższych funkcjonariuszów w stosunku do jego osoby wystarczyło, by stwierdzić słuszność wydalenia.

Podobna historia była i z jednym z urzędników w wydziale rachuby, niejakim Lubaszkiem. Rzecz nawet miała początek zabawny. Lubaszek przyszedł do Malinowskiego ze skargą na jednego z kolegów, który miał o nim powiedzieć:

— Lubaszek to prochu nie wymyśli.