Tam, o ile nikogo znajomego nie spotykał, siedział przy stoliku ze ściągniętymi brwiami, ostentacyjnie przeglądał przyniesione z sobą papiery biurowe, stawiając na nich znaki czerwonym ołówkiem tak, by wszyscy naokoło wiedzieli, że nawet tu w przybytku zabawy i odpoczynku, człowiek, mający na głowie sprawy wielkiej wagi, nie może o nich zapominać.
Najczęściej jednak spotykał Denhoffa, lub licznych jego przyjaciół, których dzięki Denhoffowi poznał. Byli to wszystko ludzie z wyższych sfer, prawie każdy miał tytuł rodowy, a niektórzy nawet pieniądze. Przeważnie nie zaliczali się do tej najwyższej arystokracji, która bywała na przyjęciach u pani Symienieckiej, lecz i to było bardzo dużo. Po kilku dniach sprytni kelnerzy znali już Malinowskiego doskonale i wśród niskich ukłonów witali go informacjami, że ten hrabia ma być dziś wieczorem, a pan baron telefonował, że będzie dopiero późną nocą.
Przy stole opowiadano słone anegdotki, plotki z towarzystwa, z toru wyścigowego, zza kulis teatralnych. Najbardziej znane nazwiska, słowa takie jak: brylanty, Nicea, Biaritz, doping, „Alfa-Romeo”, „Rolls Royce”, „Daimler”, golf, jak zdrobniałe imiona i szykowne epitety, nadawane różnym wytwornym kobietom — wszystko to podnosiło rozmowę na wyżyny pięknego, luksusowego, wspaniałego życia. Z drugiej zaś strony początkowe onieśmielenie i skrępowanie Malinowskiego w tym nowym dlań świecie mijało szybko. Przekonał się, że w gruncie rzeczy, skoro się dostatecznie z nimi otrzaska, nie będzie się czuł obco. Poza wszystkim innym nie byli to ludzie aż tak mądrzy, by ich nie rozumiał. Przeciwnie. Wkrótce się przekonał, że poziom umysłowy tego towarzystwa zupełnie mu odpowiada, a trzeba tylko wejść w takie życie, jak oni, by równie swobodnie używać ich słownika, by poznać się na koniach, autach, psach, aktorkach, markach win, tytułach i hipotekach.
Jednakże nie uważali go za całkiem swego.
— Trzeba się po prostu wkupić — myślał Malinowski i korzystał z każdej sposobności, by płacić rachunki.
Mógł sobie teraz na to pozwolić. Niechby mu nawet zabrakło pieniędzy, to w każdej chwili miał możność wzięcia zaliczki. Jako dyrektor dysponował kasą Funduszu i na jego zwykłe polecenie kasjer wypłaciłby każdą sumę. Na razie wszakże nie korzystał z tego. Wystarczała mu pensja i świadomość, że w razie czego może sobie poradzić.
Widocznie nie chodziło tu jednak o restauracyjne rachunki. Ci panowie często nie miewali gotówki, a jednak żyli jakoś po pańsku.
— Trzeba zapisać się do klubu — pomyślał Malinowski i przy najbliższej sposobności zagadnął o to Denhoffa. Ku swemu rozczarowaniu dowiedział się jednak, że do „Klubu Ziemian” nie można po prostu zapisać się. Że przyjęcie wymaga zgłoszenia swojej kandydatury, kilku wprowadzających, a poza tym balotowania.
Balotowania bał się najbardziej. Denhoff dał mu do zrozumienia, że w klubie niechętnie widzi się nowych członków, że balotowanie jest tajne i często ci, których kandydat uważa za najżyczliwszych sobie, nawet wprowadzający — głosują przeciw niemu.
— Niech pan jednak bywa w klubie, niech pan pozna i zjedna sobie ludzi, postara się zatrzeć ich uprzedzenia hm... kastowe. Cóż.. ostatecznie jest pan spokrewniony, przez żonę wprawdzie, ale i to coś znaczy, z najlepszymi rodzinami... Chętnie pana wprowadzę do klubu jako mego gościa.