I właśnie przez te oczy Bogna zaglądała w głąb duszy owego despoty, okrutnika i skąpca. Przez te oczy dojrzała w nim jakiś bezgraniczny ból, jakieś nieludzkie cierpienie.

Miała wtedy lat dziesięć, czy dwanaście. Podniósł ją pod pachy rozbawioną i uśmiechniętą i zapytał:

— Nie boisz się mnie?... Nie nienawidzisz?...

— Nie — potrząsnęła głową.

— Przecież jestem zły, bardzo zły!

— Nie... zaprzeczyła i nagle spoważniała — pan... pan jest... nieszczęśliwy.

Wówczas tak mocno ścisnął jej ramiona, że omal nie krzyknęła z bólu, obejrzał się, postawił ją na ziemi i szybko odszedł. Było to przed gankiem w Iwanowcach. Po dłuższej chwili pobiegła za nim i znalazła go w sadzie. Stał oparty o drzewo z twarzą ukrytą w dłoniach i trząsł się cały: szlochał.

Był to widok tak niezwykły, że chciała biec do domu i wołać o ratunek. Zastanowiła się jednak i odeszła cichutko. Nikomu, nawet jemu samemu nie wspomniała nigdy słówkiem o tym zajściu, natomiast stała się dla pana Pohoreckiego jeszcze serdeczniejsza i jeszcze czulsza. Nigdy też nie zapytała go o przyczynę jego smutku, chociaż z biegiem lat przyjaźń ich rosła i utrwalała się. Dziwna to była przyjaźń, gdyż nie widywali się nieraz po roku i dłużej, a nie pisali do siebie wcale. Bogna jeszcze będąc na pensji wysłała kilka listów do Pohorców, lecz stary pan pozostawił je bez odpowiedzi. Za to nie ominął żadnego jej pobytu na wsi, by co dwa, trzy dni nie zajrzeć do Iwanówki. Z widoczną niechęcią znosił wówczas towarzystwo reszty osób, gawędził z profesorem, podrwiwując z jego czci dla wiedzy ludzkiej, a przeważnie rozmawiał z Bogną, pytając ją o wszystko, o jej życie i poglądy. Słuchał uważnie, mówił mało i dosadnie. Ale w tym, co mówił, zawsze odnajdywała jakąś myśl głęboką, jakieś nowe, niespodziewane i pozornie paradoksalne ujęcie rzeczywistości. Nie cierpiał jednak dyskusyj i nie uznawał potrzeby argumentowania. Ilekroć profesor Brzostowski zaczynał analizować jego — jak mówił — „zbyt pochopne” twierdzenia, pan Pohorecki wzruszał ramionami:

— Idźże do diabła ze swymi roztrząsaniami. Każdy musi odrobić to w sobie, a skoro gębę otworzył, to znaczy, że ma zdanie wyrobione.

— Może się mylić — pogodnie uśmiechał się profesor.