I to była prawda.
— Jeżeli tak dalej pójdzie — żartował Brzostowski — a dożyjesz lat Matuzalema, jestem przekonany, że Pohorce rozrosną się do rozmiarów kuli ziemskiej. Wyobrażam sobie z jaką melancholią spoglądasz na księżyc!... Przydałby się, co?
— A przydałby się — uśmiechał się pan Walery.
— Ciekawam — z powagą mówiła Bogna — czy ograniczyłby się pan do naszego układu planetarnego, czy też reszta galaktyki nie dawałaby panu usnąć?
— Na razie więcej myślę o Iwanówce — odpowiadał pan Pohorecki.
— O nie — potrząsała głową Bogna — Iwanówki panu nie sprzedamy. Przynajmniej ja mojej cząsteczki. Chcę zachować sobie pańską życzliwość i szacunek.
Rzeczywiście pan Pohorecki kupował wprawdzie ziemię od kogo się dało, nieraz nawet przepłacał, ale gardził sprzedającym i nienawidził go serdecznie. Jednym z głównych jego dziwactw było bowiem przekonanie, że ziemia nie może być przedmiotem handlu. W handlowaniu ziemią dopatrywał się źródła wszelkich kryzysów, upadku obyczajów, klęsk gospodarczych, politycznych i moralnych.
— Handluje się sumieniami, przekonaniami, czcią i godnością, prawem i krwią. Przecie nie ma dziś na świecie rzeczy, których bym kupić nie mógł. Sprzedaje się miłość i duszę, krew do transfuzyj i ziemię. Ale wszystko to runie. Przyjdzie czas, że ktoś pierwszy otrzeźwieje, uderzy w stół i krzyknie: dość!
— Więc jednak jest pan optymistą — powiedziała Bogna.
— Nie — od razu opanował się pan Walery — nie wierzę w to, co mówię.