Bogna zmizerniała, a jej stan nerwowy graniczył już z psychozą. Chodziła całymi godzinami po swoim wielkim, znienawidzonym mieszkaniu i coraz częściej płakała. Przestała odwiedzać rodzinę i znajomych. Nie mogła znieść współczujących spojrzeń i pytań, i pocieszania. Wstydziła się nawet pokazać się na ulicy. Zdawało się jej, że wszyscy widzą jej nieszczęście. Bała się zarówno drwin jak i litości, a pokazywanie ludziom pogodnej twarzy nie przydałoby się przecie na nic: wszyscy wiedzieli.

Samotność jednak nie dała się utrzymać choćby dlatego, że służba patrzyła z bliska na jej rozpacz. W kuchni odbywały się całe sejmy. Pokojówka chodziła z zapuchniętymi oczami, stara Jędrusiowa bezradnie dreptała za Bogną, a lokaj Wincenty klął, i wyrażając tym swoją niechęć do Ewarysta, po macoszemu obchodził się z jego rzeczami.

Nie przyjmowała nikogo, oprócz Borowicza i Miszutki Urusowa. Lecz i oni odwiedzali ją rzadko. Nie podobna było znieść tej atmosfery, mówiąc o rzeczach obojętnych.

Wreszcie stało się to, czego obawiała się najbardziej.

Któregoś dnia zjawiły się panie Symieniecka i Pajęcka. Tak stanowczo żądały widzenia się z Bogną, że musiała wyjść do nich. Nie omyliła się: ciotki zostały wydelegowane do niej przez rodzaj rady familijnej, którą odbyto za jej plecami. Uradzono, że „tak dalej być nie może”.

— Dziecko moje biedne — mówiła ciotka Pajęcka — popełniłaś błąd, czy lekkomyślność, wychodząc za tego człowieka, nie o to chodzi. Stało się. Ale są granice przyzwoitości. Wiesz sama, jaką jestem przeciwniczką rozwodów, tu jednak innego wyjścia nie widzę. Ten człowiek nigdy nie cieszył się moją sympatią. Tolerowałam go przez wzgląd na ciebie. Dziś uważam go za zwykłego, daruj, szubrawca. Musisz z nim się rozmówić.

— Ależ ciociu — drżała ze wzruszenia Bogna — ja go lepiej znam niż inni. Jeżeli kogo skrzywdził, to właśnie mnie, więc ja mogłabym najsurowszy sąd o nim wydać, ale zapewniam ciocię, że to jest w gruncie dobry chłopiec. Zawróciła mu trochę w głowie nagła zmiana warunków materialnych... Musi się wyszumieć... Naprawdę jest dobrym człowiekiem. W tym jego trybie życia tkwi raczej pewna, czy ja wiem, dziecinność...

— Dosyć, kochanie — przerwała pani Symieniecka — sama chyba nie wierzysz w to, co mówisz.

— Wierzę, ciociu.

— Zatem, wybacz, jesteś wprost ślepa i głucha. Przecie to okropny typ! Jaki poziom! I co za maniery! Już abstrahując od jego skandalicznego sposobu postępowania z tobą, abstrahując od tych pijatyk i afiszowania się z kobietami wątpliwych obyczajów, jak mogłaś znosić przy sobie podobnie trywialną figurę. Pojąć nie umiem.