— Czyżby pan Walery — myślała — zdecydował się powierzyć Stefanowi zarząd Pohorców?
Lecz zaraz odrzuciła ten domysł: po pierwsze znała zbyt dobrze krytyczną opinię Pohoreckiego o siostrzeńcu, a po wtóre wprost przez skórę czuła, iż ona musi tu wchodzić w grę, ona osobiście.
Tymczasem zasiedli do obiadu. Pan Walery, który z zasady jadał tylko u siebie, w milczeniu spoglądał w stronę ogrodów, gdzie pielono grzędy, kuzyn Brzostowski i ciotki zasypywali Borowicza pytaniami, profesor jadł zamyślony.
— Kiedyż pan nareszcie — zapytała Stefana ciotkaTeresa — rzuci to obrzydliwe miasto i przyjedzie tu na stałe. Panu Waleremu przydałaby się pańska pomoc.
— Wuj jej nie potrzebuje, proszę pani — spokojnie odpowiedział Borowicz.
Pan Pohorecki ocknął się:
— Mylisz się. Potrzebuję. Bardzo potrzebuję pomocy. Ale nie ty możesz mi jej udzielić. Nie potrafisz.
Młody Brzostowski zaśmiał się:
— No, to już chyba pan żartuje. Przecie Stefan z ziemi wyrósł, a poza tym zdobył duże wykształcenie, wiedzę...
— Głupstwa gada pan — uciął Pohorecki — Stefan wyrósł z ziemi, ale śmierdziała mu i przeflancował się na inny grunt.