Borowicz przypomniał sobie podróż, którą odbył przed kilkunastu laty do Australii. W ciągu trzech tygodni obcując z konieczności ze współpasażerami okrętu, znienawidził ich z całej duszy. Wciąż te same twarze cztery razy dziennie przy stole, wciąż te same sylwetki, kręcące się po pokładzie — doprowadzały go do wzrastającej irytacji, którą uważał za patologiczną, póki w oczach innych nie dostrzegł tej samej zawziętej niechęci. Podobną rzecz zaobserwował w biurze. Wszystkie plotki, intrygi, sprzeczki, rodziły się właśnie z przymusu znoszenia obecności wciąż tych samych ludzi.
Kiedyś, na prośbę Bogny, próbował odwieść Ewarysta od nałogu włóczenia się po kawiarniach.
— Nie rozumiesz tego — odpowiedział Malinowski — bo nie jesteś żonaty.
— Jednak utrzymujesz, że kochasz panią Bognę.
— I cóż z tego?...
— Unikasz jej towarzystwa.
— Nie unikam. Najzwyczajniej przejadło mi się. Gdybyś najbardziej lubił marcepany, na pewno wściekłbyś się, gdyby ci kazano jeść je trzy razy dziennie przez całe życie.
I Borowicz nie znalazł na to argumentu. Jedyny argument, jaki mógłby przeciwstawić takiemu porównaniu opierałby się na wyjątku, gdyż rzeczą na wskroś wyjątkową było to, że jego nie nudziło nigdy towarzystwo Bogny. Lecz gdyby o tym bodaj mimochodem napomknął, tym samym upoważniłby Malinowskiego do szablonowego wniosku, że kocha się w jego żonie. Przecie ludzie muszą na wszystkie dostrzeżone zjawiska naklejać etykietki, a mają tylko bardzo ograniczony zapas takich nalepek. Nie znaleźliby spokoju, widząc wokół siebie przedmioty, których jeszcze nie nazwali. Czarne, białe, dobre, złe, miłość, nienawiść, zdrada, wierność. A gdy zdarzy się zjawisko bardziej złożone, zbyt wielostronne, by jedna nalepka wystarczyła, powiadają: „to jest nienormalne” i pod taką etykietą gotowi są umieścić wszystko, co wykracza poza najprymitywniej sztancowane rzeczy.
Nawet Bogna tak często nie umie wyjść z tego kręgu dogmacików, aksjomatów codziennego użytku.
— Prawdy nasze — mówił wuj Walery — stoją nad nami jak las i żyjemy pośród nich bezpieczni.