— Czy zastałam pana Borowicza?
— Owszem. Pani zapuka, drugie drzwi.
Wyciągnął rękę do klamki i otworzył.
Była w lekkiej blado zielonej sukni, szczupła, wysmukła, dziewczęca. Biały płócienny kapelusz, cokolwiek nasunięty na czoło jeszcze bardziej uwydatniał świeżość i złotawą opaleniznę jej twarzy. Uśmiechnięta i zaciekawiona zatrzymała się w progu:
— Więc tak pan mieszka?... Znamy się od tylu, tylu lat, a u pana jestem po raz pierwszy!
— Tak się złożyło... — zaczął i urwał.
Wyciągnęła doń rękę:
— Czemu pan wczoraj nie przyszedł?
— Przyjechał Henryk... Poza tym.... w ogóle...
Głos mu drżał więc chrząknął i zamilkł.