— Trzeba jej to powiedzieć — myślał niespokojnie — trzeba wytłumaczyć, że w psychice człowieka istnieje możność twórcza. A poza tym... poza tym trzeba być mężczyzną. Trzeba zmusić ją, by uwierzyła, użyć moralnej przemocy... I fizycznej. Chwycić ją, objąć, zgnieść w ekstatycznym uścisku, wpić się w jej usta, w te zmysłowe, nienasycone usta... Nawet steroryzować ją. Powiedzieć o tym, że jeżeli mnie odtrąci, natychmiast po jej wyjściu wyskoczę przez okno. Znajdzie mnie zmiażdżonego na twardych betonowych płytach chodnika...

Lecz jednocześnie odezwał się w nim inny głos:

— Co za nędzne komedianctwo, co za kabotynizm! Choćbym nawet tak zrobił, nie przestałoby to być śmieszne i fałszywe. Czyż ona nie ma racji, że już jutro znowu mogę zwątpić w swoją miłość dla niej?... Czy sam fakt niepodobieństwa zapewnienia jej i dziecku przyzwoitych warunków egzystencji nie zatruje każdej chwili ich życia?... A do tego trzeba dodać dręczącą świadomość, świadomość, która nie ustąpi ani na jedną godzinę, świadomość, że ona należała do jakiegoś pana Malinowskiego, że go... kochała, ona, która teraz wątpi w wielkie umęczone uczucia człowieka najbardziej sobie bliskiego...

— A poza tym — zaczęła znów Bogna — poza tym nie należę do siebie. I pan znając mnie, jak może nikt inny, wie to doskonale, drogi panie Stefanie — nie należę do siebie. Mam dziecko i męża. Mam względem nich obowiązki. Mam więcej niż obowiązki: zdaję sobie sprawę z tego, że beze mnie Ewaryst mógłby znowu znaleźć się w złej sytuacji...

Borowicz spuścił oczy:

— Kocha go pani?...

Potrząsnęła głową:

— Nie.

— Więc nie rozumiem!

— Kochałam go — odpowiedziała spokojnie — pan przecie wie wszystko. A dziś... dziś już mój los jest związany z jego losem.