— I tak najlepiej... tak najlepiej — wyszeptał — tak najlepiej... Widzi pani, ja właściwie mówiąc nie... istniałem. Moja obecność na świecie nie została niczym zaznaczona ani dla mnie, ani dla innych. I dobrze się stało, że nie dała się skonkretyzować w jakiś kształt. Próbę tę należałoby może nazwać katastrofą, gdyby wsiąknięcie czegoś, co jest prawie nicością w nicość było w ogóle dostrzegalne. Tak najlepiej, pani Bogno, tak najlepiej...
Wyswobodziła dłonie i ścisnęła mocno jego ręce:
— Nie, panie Stefanie. Tak nie można. I to nieprawda.
— Prawda.
— Jest pan strasznie zarozumiały. Panu się zdaje, że rozumie pan wszystkie przeznaczenia. A skądże pan może wiedzieć, czy swoim istnieniem, czy bodaj tą chwilą nie obdarza kogoś czymś bardzo cennym, czymś bardzo drogim?...
— Kogoś, komu nie jestem potrzebny — spokojnie uśmiechnął się Borowicz.
— A teraz pan powiedział świadomie nieprawdę. No, niechno mi pan spojrzy w oczy... Widzi pan. Nie wolno być tak chciwym. Przypłaca się taką chciwość często... prawdziwym nieszczęściem... Często taką krzywdę, jakiej... Panie Stefanie, oczywiście nie chcę i nie potrafię nauczyć pana, przypomnę tylko słowo wielkiej mądrości: — chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj... Nawet prosić o wielkie szczęście nie trzeba, trzeba umieć zbudować je sobie z małych ludzkich radości, ulepić z tego chleba powszedniego... A pan to nazywa nicością. Tak nie można, panie Stefanie.
Siedział z opuszczoną głową. Jakże jej to mógł wytłumaczyć, że wolałby rozpacz, szaleństwo, że wolałby spotkać na swej drodze huragan, orkan, jakąś kosmiczną potęgę i walczyć z nią i zginąć roztrzaskany, zmiażdżony, starty, niż roztapianie się w próżni, z którą ani walczyć, z której ani ratować się nie podobna.
— Trzeba żyć i chcieć żyć — mówiła — trzeba zrozumieć, że życie nie tylko jest naszym prawem, nie tylko przywilejem i wielkim darem, ale i ciężarem i obowiązkiem.
Głos jej stawał się twardy, niemal surowy. Zdania wiązały się w jakieś wyznanie wiary, w jakąś ewangelię własnego życia.