— Ale tam.
— Dlaczegóż nie?
— Gdyby tak było, jak pani mówi to chodziłby smutny, a on nie, tylko taki poważny, aż nieprzyjemnie.
— Może chory — z zastanowieniem podsuwała pani Prekoszowa.
Służąca jednak i na to się nie zgodziła:
— Już ja tam wiem. Jak kto chory to stęka, a nie myśli. I co z tego myślenia przyjść może! mówię pani, że nic dobrego. Mój ojczym nieboszczyk to też tak myślał.
— I co?
— Wiadomo: kościół w Piasecznie okradł.
Borowicz później to powtarzał Bognie i oboje śmieli się przez cały wieczór. Był to jeden z najcudowniejszych wieczorów przed samym jego wyjazdem do Zakopanego. Pani Bogna zdawała się znajdować w apogeum swej nieporównanej kobiecości. Miała na sobie ciemnoniebieską suknię z jakiegoś materiału, podobnego do aksamitu. Został u niej dłużej niż wszyscy i później siedzieli na tarasie. W tej sukni wyglądała ślicznie, a jej oczy stawały się prawie tegoż koloru, co szafir na palcu.
— Zaręczynowy pierścionek — uprzytomnił sobie Borowicz. I po raz pierwszy od dzisiejszego rana zrozumiał, że pani Bogna jest już inna, że nigdy nie wrócą wieczorne rozmowy, podczas których panował wszechwładnie ciepły, pogodny klimat jej obecności.