— Jeżeli nawet tak, to chyba pana nie zjedzą — zaśmiała się.

— Jestem zmęczony.

W słuchawce zapanowała cisza.

— Naprawdę czuję się zmęczony — powtórzył.

— Panie Stefanie — powiedziała poważnie — ale ja, rozumie pan, ja chcę pana widzieć. I jeżeli pan zaraz przyjedzie, będę panu wdzięczna.

— Dobrze, za pięć minut będę.

— Czekam.

Borowicz przez pomyłkę wziął jakiś cudzy kapelusz i ze schodów musiał zawrócić. Wsiadł w pierwszą spotkaną taksówkę i kazał jechać na kolonię Staszica. Właściwie jechał niepotrzebnie. Sama pewność, że spotka u niej Malinowskiego, była przerażająca.

Ma się rozumieć, nie powie mu żadnej impertynencji. Wiedział z góry, że potrafi być dlań nawet uprzejmym, ale wieczór spędzony w towarzystwie tego człowieka...

Samochód stanął przed niedużą willą. Prawą stronę zajmowało mieszkanie jakiegoś sędziego, w lewej połowie mieszkała Bogna. Na drzwiach był jeszcze ślad podawnej tabliczce z nazwiskiem nieboszczyka Jezierskiego.