— Zatem?

— Pani Bogno, przerwijmy tę rozmowę — spojrzał na nią z prośbą w oczach.

Naprawdę nie był w stanie mówić spokojnie, lecz ona zaprotestowała:

— Dlaczego nie chce pan być szczery? Musi pan powiedzieć.

— Więc dobrze — wybuchnął — nie mam nic przeciw niemu, ale też absolutnie nic za nim! Byłoby to... raczej będzie to śmieszne i lekkomyślne... Wiem, że będzie, wiem, że moja opinia w najmniejszym stopniu nie może wpłynąć na zmianę pani postanowienia, że w ogóle nie zostanie wzięta pod uwagę. Więc po cóż dręczy mnie pani i zmusza do rzucania słów na wiatr!

— Nie, panie Stefanie — odpowiedziała spokojnie z widomą intencją złagodzenia jego tonu — gdy pan zastanowi się, nie będzie pan twierdził, że lekceważę jego opinię. Ale przecie każda opinia musi być na czymś oparta, czymś uzasadniona.

— Właśnie, a ja niczym jej nie uzasadnię. Nie mam żadnych podstaw do jej wypowiadania. Niechże mi pani pozwoli zostać przy moim zdaniu, gdyż...

Do pokoju weszła służąca, stara, gderliwa Jędrusiowa, niosąc tacę z kawą. Lubiła Borowicza i powitała go z nieukrywanym zadowoleniem. Musiał jej powiedzieć, że był w Zakopanem, że tam są góry bardzo wysokie i z kolei wysłuchać jej sceptycznego poglądu na rację istnienia gór.

Po wyjściu Jędrusiowej milczeli czas dłuższy. Wreszcie pani Bogna zaczęła mówić. Postanowiła ustalić swoje życie. Wbrew temu, co wielu może się zdawać, praca w Funduszu, czy w ogóle jakakolwiek praca biurowa męczy ją i nie zadawalnia. Nie widzi sensu i celu wleczenia dalej takiej egzystencji.

— Widzi pan — mówiła — jeżeli dom moich rodziców, który pan tak dobrze znał, nie był pod niektórymi względami ideałem domowego ogniska, jeżeli moje pierwsze małżeństwo wcale domu stworzyć nie mogło, tym silniej narastała we mnie potrzeba posiadania właśnie domu, w całym tego słowa znaczeniu, męża, dzieci, tego wszystkiego, co prezes Szubert nazywa stajenką betleemską, gdzie duch boży czuwa nad bydlątkami. Miałam więc predyspozycję, zdecydowaną predyspozycję w tym kierunku. Czy to nie jest naturalne?