Powiedziała to z taką serdecznością, że obezwładniło go to do reszty. Wypił szklankę wody, którą mu przyniosła.
— Już lepiej? — zapytała.
— Dziękuję.
W przedpokoju rozległ się dzwonek.
— Już pójdę — zerwał się z miejsca — mam dużo listów do napisania.
Nie puściła go:
— Musi pan zostać. Nie pozwolę panu odejść w takim stanie. Jeszcze zrobi się panu gorzej. No, proszę zostać!
W jej głosie brzmiało tyle serdeczności, że zgodził się wbrew rozsądkowi. I tak było z nią zawsze. Odmówić jej prośbie mógł tylko ktoś nieprawdopodobnie gruboskórny, lub ktoś, kto nie zdążył ulec jej czarowi. Borowicz był przekonany, że spełniłby najbardziej niedorzeczne jej żądanie, a chociaż nie wyobrażał sobie, by coś takiego mogło nastąpić, wierzył, że w takim wypadku nie byłby wyjątkiem.
W przedpokoju Malinowski głośno i wesoło rozmawiał z Jędrusiową. Bogna siedziała nieruchomo, jednak Borowicz widział, że chciałaby wybiec tam, by prędzej powitać — ukochanego. Nawet nieznacznie poprawiła sobie włosy i spojrzała w lustro. Było to w najwyższym stopniu irytujące.
Malinowski wszedł uśmiechnięty z tą swobodą, która Borowiczowi wydawała się nienaturalną, a może było to wrażenie wynikające z niechęci, uprzedzenie tak nieuzasadnione, jak i skrzywienie się z powodu wizytowego ubrania Malinowskiego. Czarna marynarka opięta jak na manekinie i sztuczkowe, zbyt szerokie spodnie o zbyt jasnych i zbyt czarnych pasach. Przypomniało to Borowiczowi ulubione określenie Malinowskiego, którego ten używał jako superlatywu uznania dla czyjegoś stroju, czy sposobu bycia: — Nienaganne. Właśnie on sam był taki „nienaganny” ze swoim obręczowato wygiętym krawatem, z lekko przechyloną, wyszczotkowaną głową, z misternie przystrzyżonymi wąsikami i z nieznośnym zapachem fryzjerskiej wody tualetowej. Wyglądał, jak zresztą zawsze, wyświeżony, nie świeży, lecz właśnie wyświeżony, odmyty, odprasowany, wykrochmalony i pachnący. I co za nonsens przychodzić do własnej narzeczonej w wizytowym ubraniu!