Było już ciemno, gdy prezes odprowadził ich do furtki i serdecznie pożegnał.
Szli jakiś czas w milczeniu, gdy zaś znaleźli się na Puławskiej Bogna powiedziała:
— Jaki to złoty człowiek.
— Fuuu — odetchnął Ewaryst — wolałbym drzewo rąbać, niż z nim przestawać.
— Mówisz to na serio?
— Masz ci los! Gdzież tu miejsce na żarty? To chyba ty żartujesz? Brudas! Cały rękaw mi zawalał, aż wstyd iść po mieście. Całe szczęście, że ciemno. Przy tym myśli, że mu wszystko wolno, bo jest moim zwierzchnikiem. Arogant.
Bogna zdziwiła się szczerze:
— Zdawało mi się, że czułeś się u niego dobrze?
— Ja? — wybuchnął ironicznym śmiechem — ja? Ależ z prawdziwą rozkoszą nawymyślałbym mu od gburów i chamów. Mieszka, jak świnia, przy jedzeniu mlaska językiem, jak kundel, a te swoje głupie zaczepki uważa za dowcipy. Nie potrzebował mówić, że pochodzi z chłopów. Od razu to widać. Już ja bym mu zadał bobu, gdyby nie to, że...
Urwał i zawzięcie machnął laską.