— Byłem idiotą! — zawołał z przekonaniem.
— Nie, był pan rozsądny. Dla nas obojga... Przecież to nie ma żadnego sensu.
— Ach, tak?... Czy pani naprawdę nie znosi mnie do tego stopnia, że nawet widywać się ze mną nie chce?
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Nie, proszę pana! Będę zupełnie szczera. I ja tęskniłam za panem bardzo, bardzo...
— Marysieńko! — wyciągnął do niej ręce.
Potrząsnęła głową.
— Zaraz, powiem wszystko. Niech pan zaczeka. Tęskniłam bardzo. Było mi źle... Tak źle. Nawet... płakałam...
— Moja ty jedyna! Mój cudzie!
— Ale — ciągnęła — doszłam do przekonania, że łatwiej zapomnę o panu, gdy nie będziemy się widywać. Jakiż cel może mieć nasza znajomość?... Pan jest przecie dość rozumny, by lepiej to widzieć ode mnie.