Rozczulił się jej łkaniem i bezradnością swojej pociechy. Sam był bliski łez. Leciutko pogłaskał ją po łopatkach, wstrząsanych szlochem.

— Cicho, panno Marysiu, cicho — mówił. — Nie trzeba, nie warto. Skrzywdził panią... skrzywdził. Zły człowiek. Bez sumienia.

— Ale za co, za co!... — płakała Marysia. — Nie lubiłam go wprawdzie... nigdy... Ale nic złego mu nie zrobiłam.

Sobek zastanowił się.

— O kim pani mówi?

— O nim, o Wojdylle...

— O starym? — zdumiał się.

— Nie, o tym... eks-kleryku.

— Zenon?... A cóż ten chuligan pani zrobił?

— Obrzucił mnie wstrętnymi obelgami... Przy ludziach! Taki wstyd!... Taki wstyd!... Jak ja teraz oczy światu pokażę!