— Nie każdy uwierzy, że czyste.
— Kto sam uczciwy, ten uwierzy, zły i w kościele brudu się dopatrzy. Ale na złych nie ma co zważać. Ot, było, minęło, przeszło. Widzi pani — pokazał koszyk — do sadownika idę po truskawki. Nie pójdzie pani ze mną? Dobre truskawki, takie wielkie. A słodkie.
Uśmiechnęła się.
— Dziękuję, muszę śpieszyć do domu... Do widzenia.
— Do widzenia, panno Marysiu. A przejmować się nie ma czym.
Zatrzymała się i powiedziała:
— Pan jest taki dobry dla mnie... Nigdy tego nie zapomnę.
Sobek skrzywił się i machnął ręką.
— Jaka tam i dobroć. Nie ma o czym gadać. Do widzenia.
Nucąc pod nosem jakieś tango, poszedł do ogrodu. Wybrał truskawki, potargował się, zapłacił, wrócił do domu. Przepadał za truskawkami. Wysypał je na dwa głębokie talerze, utłukł w moździerzu cukier, przyprószył gęsto pudrem jagody, by przeszły cukrem. Lubił wszystko robić systematycznie.