— On mi nigdy nic nie obiecuje — przerwała Marysia zaróżowiona i zdetonowana.

— Nie obiecuje?... Więc czego chce?... Pamiętaj, że on wielki pan, bogaty, światowy. Co ty dla niego?... Ot, zabawka. A serce przyzwyczai się. Ot i teraz: nie ma go — już ci ciężko.

— To z innego powodu...

— Może z innego, a może i z tego — łagodnie kiwnął głową. — Ożenić się z tobą przecie nie ożeni się. Więc po co?...

Marysia spuściła oczy.

— Ja o tym też wcale nie myślałam. Po prostu przyjemnie z nim się rozmawia. On dużo podróżował, dużo widział. Ładnie opowiada...

— To niech opowiada innym. Dlaczegóż ciebie sobie upatrzył?

— Bo... on mówi, że... mu się podobam.

— Jeszcze byś się nie podobała. Ślepy nie jest.

— Nie sądziłam, że i ty, stryjciu Antoni, będziesz dopatrywał się tu czegoś złego.