— Nigdy nikogo tak nie kochałem jak ciebie. Nie mogę bez ciebie żyć. Czy zgodzisz się zostać moją żoną?
Pod Marysią ugięły się kolana, a w głowie zawirowało.
— Co pan... co pan... mówi... — wyjąkała.
— Proszę cię, Marysiu, byś zechciała zostać moją żoną.
— Ależ... to niepodobieństwo! — prawie krzyknęła.
— Dlaczego niepodobieństwo?
— Niech się pan zastanowi! — wyrwała ręce z jego uścisku. — Przecie pan nie mówi tego poważnie!
Zmarszczył brwi.
— Czy mi nie wierzysz?
— Nie, nie! Wierzę, ale czy pan pomyślał... Boże! Co by to było! Pańscy rodzice... Ci tutaj, w miasteczku... Zatruliby panu życie, zakrakaliby... Znienawidziliby mnie...