— Powiedz, Marysieńko, czy uważasz mnie za bezkrytycznego i naiwnego głupca?
— Ale cóż znowu! — zaprotestowała.
— Czy sądzisz, że swoimi wymaganiami i poziomem kryteriów stoję znacznie niżej od moich krewnych i znajomych?... Bo z tego, co mówisz, może tak wyglądać. Ja, ostateczny głupiec, biorę ciebie za żonę, dopatrując się w tobie zalet, których nie masz, a dopiero oni obejrzawszy cię odkryją, że się myliłem.
— Nie, Leszku — zaprzeczyła pojednawczo. — Ty patrzysz na moje braki pobłażliwie, bo mnie kochasz.
— Więc i oni cię pokochają.
— Daj to, Boże.
— A twoje braki są w ogóle urojeniem. Życzyłbym wszystkim pannom, by wyglądały tak rasowo jak ty, by miały tyle wrodzonej inteligencji i tyle delikatności uczuć. Jeżeli zaś chodzi o obycie, o kulturę towarzyską, jestem przekonany, że przyswoisz ją sobie bez najmniejszego trudu, kształcić się zaś będziesz mogła, ile ci się podoba. Byle nie za wiele, bo nie chciałbym mieć żony o wiele mądrzejszej ode mnie.
— Tego nie obawiaj się — zaśmiała się.
— A właśnie tego boję się najbardziej — zrobił poważną minę.
— Czy ty wiesz, kiedy przekonałem się, że moja Marysieńka jest mądraskiem?