— Hej, panie szanowny! — krzyknął za nim gospodarz.
— Co?
— A płacić to nie łaska?... Rachunek czterdzieści sześć złotych.
Wilczur machinalnie wydobył z kieszeni portfel i podał mu banknot.
— Ale forsy! Fiu, fiu — zagwizdał cicho jeden z kompanów.
— Stul mordę — warknął drugi.
— Drożdżyk! — zawołał trzeci. — Co strugasz frajera! Oddaj gościowi resztę! Widzisz go!
Gospodarz spojrzał nań nienawistnie, odliczył pieniądze i podał Wilczurowi.
— A ty, łobuzie — mruknął — pilnuj swego.
Wilczur nie zwrócił na to najmniejszej uwagi i wyszedł na ulicę. Padał gęsty, mokry śnieg, lecz jezdnia i chodniki pozostały czarne, gdyż natychmiast tajał. Środkiem jezdni ciągnęły wozy naładowane węglem.