— Stój, najlepiej tu — odezwał się cichy głos.
Nasłuchiwali przez chwilę. Z daleka jednostajnym głosem huczało miasto. Tu dokoła panowała zupełna cisza.
— Wylewaj go — rozległa się krótka komenda.
Trzy pary rąk wczepiły się w bezwładne ciało. Po chwili zawartość kieszeni została wyjęta. Bez trudu zdjęli też palto, marynarkę i kamizelkę. Nagle, widocznie pod wpływem zimna, Wilczur oprzytomniał i zawołał:
— Co to, co robicie?...
Jednocześnie usiłował poderwać się z ziemi. W chwili jednak, gdy już stał na nogach, otrzymał straszny cios w tył głowy. Bez jęku zwalił się niczym kłoda. Ponieważ zaś padając zatoczył się aż na brzeg wielkiego dołu, do którego zsypywano śmieci, ciało po pochyłości zsunęło się na dno.
— Cholera! — zaklął jeden — nie mogłeś przytrzymać?
— A po co?
— Durny szczeniak! Po co? Złaź teraz do glinianki po buty i portki.
— Sam złaź, kiedyś taki chytry.