— O, Marysia! — powiedziała z nadrabianą serdecznością. — Jak się masz, drogie dziecko.
Marysia pocałowała ją w rękę.
— Dziękuję pani, już teraz dobrze, ale omal nie umarłam.
— Tak, tak... Trzeba zapalić lampę...
— Zaraz zapalę — Marysia ruszyła się, lecz pani Szkopkowa wzięła zapałki.
— Nie, daj spokój. U siebie w domu to już ja — powiedziała z wyraźną intencją. — A to wiem, żeś była umierająca. Cóż, własna twoja wina. Ja swój obowiązek spełniłam. Przestrzegałam, że nic z tego dobrego nie wyjdzie. Nie słuchałaś starej Szkopkowej. Tak... tak... Przyszłaś pewno po rzeczy?
— Po rzeczy — potwierdziła Marysia i odwróciła głowę, by ukryć łzy.
— Możesz je zabrać. Nie podźwigasz się. Dawno już je spakowałam i miałam zamiar odesłać ci je do młyna. Tylko okazji nie było.
Zapanowało milczenie.
— Jakże ci tam? — zapytała Szkopkowa, krzątając się przy komodzie.