Pani Czyńska siedziała, milcząc, z głową wspartą na ręku i zdawała się wpatrywać w dywan.
— Jeżeli zaś nasze zastrzeżenia przy tej sposobności wzrosną, to wierzaj mi — ciągnął pan Stanisław — że i Leszek je z czasem podzieli, gdy będzie mógł obserwować ją na naszym tle, w naszym środowisku.
— Co przez to rozumiesz?
— Sądzę, że najrozsądniej będzie zabrać tę Marysię do nas.
— Do nas?... Do Ludwikowa?...
— Naturalnie. I dodam jeszcze, że z tym zaproszeniem musimy się śpieszyć.
— Dlaczego?
— Bo jeżeli nie okażemy Leszkowi natychmiast jak najlepszej woli, jeżeli przez jedną chwilę pomyśli, że działaliśmy z premedytacją i że w dalszym ciągu pragniemy oderwania go od Marysi... Wtedy będzie już za późno. Kto wie, czy nie zabrał jej z owego młyna i nie wywiózł do kogoś ze swoich przyjaciół?
— Więc co robić? — ręce pani Czyńskiej zacisnęły się.
— Jak najprędzej jechać tam.