— My z ojcem — powiedziała pani Eleonora — dodamy nasze uczucia do twoich, synu, a wówczas może jakoś się to zrównoważy.
Zbliżyła się do Marysi, objęła ją i pocałowała serdecznie.
— Jesteś śliczna, moje dziecko, a wierzę, że twoja młoda duszyczka jest równie piękna. Mam nadzieję, że zaprzyjaźnimy się i że nie zechcesz uważać mnie za swoją rywalkę, chociaż obie kochamy jednego chłopca.
Zaśmiała się i pogłaskała zarumienione policzki dziewczyny.
— Spójrz na mnie, chcę popatrzeć w twoje oczy, by sprawdzić, czy bardzo go kochasz.
— Och, jak bardzo, proszę pani! — cicho powiedziała Marysia.
— Nie jestem dla ciebie, drogie dziecko, panią. Chcę być twoją matką.
Marysia pochyliła się i przywarła ustami do rąk tej wyniosłej damy, która tak niedawno była dla niej obcą, surową panią, groźną i niedosięgalną, a którą teraz miała prawo nazywać matką.
— Pozwólże i mnie — pan Czyński wyciągnął do Marysi obie ręce — bym podziękował ci za szczęście naszego syna.
— To ja dzięki niemu jestem szczęśliwa! — uśmiechnęła się wreszcie nieco ośmielona Marysia.