— I jakaż to była próba? — zaciekawił się Korczyński.

— Dość naiwna w gruncie rzeczy. Zacząłem z nim rozmawiać, używając wielu słów, których znaczenia nie może znać prosty chłop czy choćby półinteligent.

— No i...?

— Rozumiał wszystko. Mało tego. Kiedyś zastał Marysię nad wierszami Musseta w oryginale. I zupełnie poprawnie przeczytał całą strofę.

— Dałabym głowę, że nie tylko czytał, lecz i rozumiał — dorzuciła Marysia.

Adwokat zamyślił się.

— Tak. To rzeczywiście dziwnie... Zdarzają się jednak takie samouki. Ta teza też mogłaby mi się przydać, gdyby Kosiba zechciał otworzyć usta.

— Jak to?

— No bo milczy uparcie. Nie chciał mi udzielić żadnych informacji. Popadł w jakiś pesymizm, mizantropię, diabli wiedzą co.

— Biedak — westchnęła Marysia. — Myśmy z Leszkiem też byli tym zaskoczeni. Dlatego nie chcieliśmy narzucać się mu powtórnie. Przyjął nas prawie opryskliwie. Nie dziwię mu się zresztą. Tyle przejść...