Korczyński skłonił się i usiadł.
Profesor Dobraniecki nie bez zdziwienia zauważył w jego twarzy i spuszczonych powiekach wyraz wzruszenia. Sam zresztą był wzruszony, jak i publiczność. Jeden z sędziów raz po raz nieznacznie ocierał zgiętym palcem kąciki ust. Drugi siedział z oczyma wbitymi w papiery.
Wyrok uniewinniający zdawał się być przesądzony, tym bardziej że prokurator zrezygnował z repliki.
— Oskarżonemu przysługuje prawo głosu — powiedział przewodniczący.
Antoni Kosiba nie poruszył się.
— Ma pan prawo ostatniego słowa — mecenas Korczyński potrząsnął go za łokieć.
— Ja nic... nie mam do powiedzenia. Wszystko mi jedno...
I usiadł.
Gdyby czyjekolwiek oczy zwróciły się w tej chwili na profesora Dobranieckiego, zdziwiłby się każdy. Profesor zbladł nagle, zrobił ruch, jakby chciał zerwać się z krzesła, i otworzył usta...
Lecz nikt tego nie zauważył. Właśnie wszyscy wstawali, gdyż sędziowie udawali się na naradę. Po ich wyjściu głośne rozmowy wypełniły salę, wiele osób otoczyło Korczyńskiego, winszując mu świetnie przeprowadzonej obrony. Niektórzy wyszli na korytarz, by wypalić papierosa.