— W imię Ojca i Syna!...

— A ty, Prokop, Boga nie wzywaj — dodał gniewnie Antoni — bo wszyscy gadają, że twoje nieszczęście z dziećmi to przez karę bożą za krzywdę twego brata...

— Kto tak mówi?! — zawarczał stary.

— Kto?... Kto?... A wszyscy. Cała okolica. A jeżeliś jeszcze ciekaw, to i syn twój mówi to samo. Za co, powiada, ja mam cierpieć, wiecznym kaleką żyć za grzech ojca?...

Zapanowało milczenie. Prokop opuścił głowę i siedział jak skamieniały.

Jego długie, siwe włosy i broda poruszały się lekko od wiatru.

— Boże, zmiłuj się. Boże, zmiłuj się — szeptał cicho.

Antoniemu zrobiło się nagle bardzo nieswojo. Oto rzucił w twarz temu biednemu starcowi najboleśniejsze oskarżenie. Zapragnął złagodzić jakoś to, co powiedział, i odezwał się łagodnie:

— Co gadają, to oczywiście wymysł... Wyroków boskich nikt znać nie może. A Wasil młody jeszcze i głupi. Ja tam w to nie wierzę.

Stary nie poruszył się.