Wyszli z przybudówki, obeszli dom i weszli do sieni.
— Dawaj swoją czapkę — rozkazał Prokop. Wziął ją i zniknął za drzwiami pokojów. Nie było go z dziesięć minut. Nagle drzwi otworzyły się. W obu rękach stary niósł czapkę. Wyciągnął ją do Antoniego.
— Masz, bierz! Same uczciwe carskie imperiały. Na resztę życia tobie starczy. Tego dobra, coś ty mi wyrządził, pieniędzmi nie zapłacisz, ale co mogę, to daję. Bierz!
Antoni spojrzał na niego, później na czapkę: była prawie pełna małych, złotych monet.
— Co ty, Prokop?! — Antoni odstąpił o krok. — Co ty? Chyba rozum straciłeś.
— Bierz — powtórzył Mielnik.
— A po cóż mnie to?! Ja nie potrzebuję. Dajże spokój, Prokop. Czy ja dla pieniędzy?... Przez serdeczność, za twoją życzliwość! I chłopaka żal mi było.
— Weź.
— Nie wezmę — stanowczo odpowiedział Antoni.
— Dlaczego?...