Toteż gdy pod koniec lutego, na wyrębie w Czumskim lesie, padająca brzoza przygniotła gospodarza z Nieskupej, Fiodorczuka, sąsiedzi uradzili wieźć go do młyna, do Antoniego Kosiby. Przywieźli go prawie bez duszy. Krew mu się gardłem rzucała i nawet jęczeć już przestał.
Gdy rozwalenki ciągnione przez małego, pękatego konika stanęły przed młynem, Antoni akurat worek z otrębami niósł do świrna.
— Ratuj, bracie — odezwał się doń jeden ze starowierców. — Sąsiada nam drzewo przygniotło. Czworo dzieci małych sierotami okrągłymi zostanie, bo matkę w zeszłym roku pochowalim.
Wyszedł i Prokop, a ci do niego, by wstawił się za nimi.
— Twego syna wyleczył, niechże i Fiodorczuka ratuje.
— Nie moja sprawa, dobrzy ludzie — odpowiedział Prokop poważnie — ani mu zabronić nie mogę, ani kazać. To jego rzecz.
Tymczasem Antoni otrzepał ręce z mąki i przyklęknął na śniegu przy saniach.
— Weźcie go ostrożnie — powiedział po chwili — i nieście za mną.
Po wyzdrowieniu Wasila Antoni już na stałe pozostał w przybudówce. Tam było mu wygodniej, a i tak pusta stała. Tam też zaniesiono Fiodorczuka.
Do wieczora Antoni zajmował się nim, a wieczorem poszedł do izby, gdzie czekali chłopi nieskupscy.