a krzyż zielony z krepą wśród łun,

jako nadziei bluźnierczy krzew.

Oczy ich próchnem świecą, jak duchów —

usta zgniecione byczym pęcherzem —

i tak przed ojcem staną kacerzem,

w drewnianej klatce, z brzękiem łańcuchów.

A łzy tych gromnic na twarz kapiące,

nie tak bolesne, nie tak gorące.